poniedziałek, 21 października 2013

La Paz - zycie miasta / La Paz - life of city

Scroll down for the English version

Wstajemy rano i wychodzimy na zlaną słońcem ulicę Murillo. Jest to dzielnica fryzjerów, którzy z werwą nawołują nowych klientów:

„Pase, mister, pase!” krzyczą za nami pokazując rękami charakterystyczny ruch nożyczek.

Dochodzimy do Plaza San Francisco, gdzie u mojej ulubionej sprzedawczyni kupuję świeżowyciśnięty sok z pomarańczy. Indianka już od paru dni rozpoznaje nas i z daleka wita ciepłym „Buenos dias!” Już nie próbuje nas naciągnąć na kilka dodatkowych boliwianów, tylko z uśmiechem na twarzy podaje plastikowy kubeczek wypełniony słodkim napojem. Dookoła jak szalone jeżdżą trufi – tutejsze minibusy. Z drzwi każdego z nich wychyla się nawoływacz gromko wykrzykujący kierunek, w którym jedzie mały, trzęsący się pojazd. Co chwila słychać przekrzykujących się naganiaczy:

„Caja, Caja, Cajaaaaaaa!”

We wszechotaczającej nas kakofoni dźwięków ciężko usłyszeć swoje własne myśli. Idziemy na mercado – rynek. Po drodze jesteśmy zaciągani do coraz to nowych budek oferujących śniadania: kawę, herbatę, kanapki z awokado, jajkiem, serem czy szynką. Wszyscy za nami wołają:

„Pase, pase: hay sanduche de palta, de huevo, de queso; hay cafe, hay mate, pase!”

W końcu decydujemy się na malutką kawiarenkę o zabawnie brzmiącej nazwie “Melina”, gdzie zamawiam kanapkę z jajkiem i kawę. Potem przenosimy się do położonej po drugiej stronie wąskiej alejki budki serwującej napój z kukurydzy - api i pyszne, wypełnione serem pastele. Najedzeni możemy wybrać się na zakupy.

Podobnie jak w miastach peruwiańskich, tak i w La Paz panuje pełna specjalizacja dzielnic handlowych. Chcąc kupić dżinsy idziemy w inne miejsce, niż gdy na przykład chcemy kupić bluzkę. Na innej ulicy sprzedaje się obuwie sportowe, a na innej eleganckie pantofelki. Dobrze jest więc zrobić mały rekonesans zanim wybierzemy się tu na zakupy. Gdy już jednak wiemy, gdzie mamy iść, zakupy okazują się niesamowicie przyjemne i proste: wszystkie sklepy są koło siebie, z łatwością można porównać ceny oraz oferowany asortymenet.

Przechadzając się pomiędzy porozstawianymi wprost na ulicy straganami, co i rusz widzimy przysypiających przy nich sprzedawców. Wydają się oni niezainteresowani sprzedażą swoich produktów, ale w sumie ciężko im się dziwić biorąc pod uwagę, że często pracują przez 7 dni w tygodniu, zaczynając pracę wcześnie rano i kończąc po zmroku. Przez kilka godzin gubimy się w labiryncie wąskich uliczek handlowych. Po drodze kupujemy maczetę (na wyprawę do dżungli), klapki, aluminiowy kubek, kawał sznurka oraz parę innych drobnych, ale akurat potrzebnych nam rzeczy.

W La Paz niemal zawsze idzie się z górki lub pod górkę. Dodając do tego zawrotną wysokość 3800 m n.p.m., na jakiej miasto jest położone, łatwo sobie uzmysłowić dlaczego spacer po nim potrafi szybko zmęczyć. My na szczęście po prawie dwumiesięcznym pobycie w Boliwii, do wysokości zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Gorzej z szybko zmieniającą się temperaturą: w dzień w słońcu pocimy się i rozbieramy do krótkich rękawków. Jednak wystarczy wejść do cienia i już trzeba się ciepło ubierać, gdyż na tej wysokości brak słońca zawsze oznacza zimnicę.

W porze obiadowej ulice handlowe pustoszeją. Wszyscy przenoszą się do stojących przy ulicy garkuchni, bądź na tutejszy rynek. Wejścia do sklepów pozastawiane są długim drągiem, krzesłem lub specjalną bramką, uliczne stragany zostają opuszczone przez sprzedawców. Pora jeść.

Na rynku głośno jak w ulu. Zewsząd rozpościerają się głosy zachęcające do kupienia obiadu. W niektórych restauracyjkach siedzą cholity w charakterystycznych malutkich melonikach i szerokich spódnicach na sztywnych falbanach. Dosiadamy się do grupki głośno rozmawiających Indianek Ajmara i zamawiamy już tradycyjną dla nas milanesa de pollo (kotlet  kurczaka w panierce). W cenę obiadu wliczona jest również pyszna zupa z orzeszków ziemnych. Zjadamy wszystko ze smakiem i nieco przejedzeni wracamy do hostelu na popołudniową drzemkę.

Wypoczęci wyruszamy ponownie do centrum, tym razem poszukać pamiątek. W tym celu udajemy się na Rynek Czarownic. Gdy tylko zbliżamy się do niego otaczają nas zapachy przeróżnych ziół, kadzidełek, świeczek i alkoholu. Nad wejściami do sklepów wiszą porozwieszane wysuszone płody lam, a w ich ciemnych wnętrzach można odnaleźć całe mnóstwo „magicznych” przedmiotów: talizmanów, herbatek na wszelkie dolegliwości oraz wiele innych bliżej niezidentyfikowanych przez nas przedmiotów. Wchodzimy do jednego ze sklepików, gdzie u grubej Indianki kupuję malutkiego kondorka „na szczęście w podróży”

Wzdłuż całej ulicy Linares znajdują się malutkie sklepiki z pamiątkami. Można w nich znaleźć całe mnóstwo kolorowych szali, swetrów z wełny alpaki, toreb, pokrowców na różne instrumenty, hamaków, kolczyków... Wszystko kolorowe, piękne i... stosunkowo drogie.... Decydujemy się na zakup jedynie paru pocztówek dla Albina oraz malutkich kolczyków dla mnie.

Przeglądając wszelkiego rodzaju duperelki nawet nie zauważamy, kiedy robi się ciemno. Po zmroku momentalnie robi się zimno, musimy się więc ciepło ubrać: polary, szaliki, czapki, rękawiczki. Ulice ponownie wypełniają się ludźmi spieszącymi się po pracy do domów. Nie jest to jednak pośpiech, który znamy z Londynu. Tutaj ludzie pomimo zmęczenia, zawsze znajdą czas, aby na chwilę się zatrzymać na Plaza San Francisco, posłuchać występującego tutaj codziennie komika lub popatrzeć na młodocianego Michael’a Jackson’a. Wokół ulicznych artystów zawsze zbiera się tu tłumek przechodniów, którzy od czasu do czasu wrzucą do sakiewki boliwiana bądź dwa.

Zmęczeni po całym dniu włóczenia się po mieście powoli wracamy do hostelu. Po drodze przypatrujemy się jeszcze sprzedawcom ulicznym, którzy powoli zaczynają zgarniać swój interes. W hostelu jak zwykle zastajemy grupę Argentyńczyków gotujących coś w kuchni oraz grających na gitarach i pijących wino. Tym razem się do nich nie dołączamy tylko idziemy prosto do pokoju, gdzie niemal od razu zasypiamy.

English:

We get up in the morning and go out on the sun- drenched Murillo street. It is the district of hairdressers who are gingerly calling new customers:

‘Pase , mister, pase’ screaming for us showing by hands characteristic movement of scissors.

We come to the Plaza San Francisco, where from my favourite saleswoman we buy freshly squeezed orange juice. Indian woman knows us already for few days, and she recognizes us with warm welcome "Buenos dias!" She also does not try to take from us a few extra bolvianos, but with a smile on her face gives us a plastic cup filled with a sweet drink. Around like crazy run trufis - the local minibuses. On the door of each of them there is a guy leaning out loudly shouting direction that the little shaky vehicle goes. Every now and then you hear loudly shouting the touts:

“ Caja, Caja , Cajaaaaaaa ! "

In all-around-us us cacophony it is hard to hear your own thoughts. We go to the mercado - the market. Along the way, we haul to more and more stalls offering breakfast: coffee, tea, sandwiches with avocado, egg, cheese and ham. Everyone is calling after us:

„Pase, pase: hay sanduche de palta, de huevo, de queso; hay cafe, hay mate, pase!”

Finally, we decide for a tiny cafe with funny sounding name "Melina", where I order a sandwich with egg and coffee. Then we move to lying across the narrow alleys booths serving of corn beverage - api and delicious, filled with cheese pastels. Replete we go shopping.

Just as in the cities of Peru, so in La Paz there is complete specialization in commercial districts. If you want to buy jeans you go to a different place than when for example, you want to buy a shirt. On another street sports shoes are sold, and on other stylish booties. So it was good to do a little reconnaissance before you choose to shop here. Once, however, we know where we go shopping it turn out to be incredibly fun and easy: all the shops are next to each other, you can easily compare the prices and offered products.

Strolling between stalls, again and again we see the sellers dreaming in them. They seem uninterested in selling their products, but all we can easily see why: given that they often work 7 days a week, starting work early in the morning and ending at night. For a few hours we get lost in a maze of narrow shopping streets. Along the way we buy a machete (for the jungle expedition), tabs, aluminium cup, a piece of string and a few other small things that we need.

In La Paz almost always you go up the hill and down the hill. Adding to the dizzying height of 3800 m above sea level, on which the city is located, it is easy to realize why you can quickly get tired of walking. Luckily after nearly two-month stay in Bolivia, we got used to the altitude. Worse was rapidly changing temperature: during the day in the sun we sweat and stripped to the short sleeves. But just go to the shade and you need to dress warm because of this lack of sun always mean really cold.

At lunchtime shopping streets are deserted. Everybody move to standing on the street soup kitchen or at the local market. The entrances to shops are blocked with a long crowbar, a chair or a special gate, street stalls are temporarily abandoned by sellers. It is time to eat.

The market is loud like a beehive. Everywhere we can hear voices encouraging us to buy lunch. In some restaurants cholitas sit in the characteristic tiny bowler hats and wide skirts on rigid valances. We sit with a group of Aymara Indians speaking loudly and ordered already traditional for us milanesa de pollo (chicken cutlet in breadcrumbs). In the price of dinner the delicious soup with peanuts is also included. We eat everything with gusto and a little overeaten we come back to the hostel for an afternoon nap.

Rested we head back to the city, this time to look for souvenirs. To buy them we go to the Witches Market. As soon as we draw near to it, we are surrounded by scents of various herbs, incense, candles and alcohol. Above the entrances to shops strung dried llama foetuses hang, and in their dark interiors we can find a whole lot of "magic" items: talismans, teas for all ailments, and many other not identified by us items. We go to one of the shops where from a thick Indian we buy tiny condor for "good luck in the travelling”.

All along the street Linares are small shops with souvenirs. You will have a whole lot of colourful scarves, alpaca wool sweaters, bags, covers for various instruments, hammocks, earrings... All colourful, beautiful and… quite expensive.... We decide to buy only a few postcards for Albin and tiny earrings for me.

Browsing all kinds of souvenirs we do not even notice when it gets dark. After dark, it immediately gets cold, so we have to dress warmly: fleece, scarves, hats, gloves. The streets are filled with people again, hurrying after work to their homes. This is not a rush, which we know from London. Here people despite the fatigue, will always find time to stop for a moment at the Plaza San Francisco to listen to a comic or look at the juvenile Michael Jackson. There is always a crowd of people around the street artist and random pedestrians occasionally throw them few bolivianos.


Tired after a day of wandering around the city we slowly come back to the hostel. Along the way, we can see street vendors who are slowly starting to scrape their business. In the hostel, as usual, we find a group of Argentines cooking something in the kitchen and playing guitar and drinking wine. This time we don’t join them but go  straight to the room where we fell asleep almost immediately .

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz