poniedziałek, 16 września 2013

Zgubieni w gorach (Kordyliera Krolewska) / Lost in the mountains (Cordillera Real)

Scroll down for the English version

Ilekroć odwiedzaliśmy Shaula, za każdym razem ten zmieniał nasze plany. Nie inaczej było z trekkingiem, który planowaliśmy odbyć w okolicy La Paz. Podczas naszej pierwszej wizyty powiedzieliśmy Shaulowi, że wybieramy się połazić po okolicznych górach i zamierzamy połączyć dwie inkaskie drogi: Choro Trail, którym chcieliśmy zejść w dół oraz Takesi Trail, którym mieliśmy wrócić. Shaul zapytał się nas krótko:

„Lubicie marnować czas?”

„No, nie lubimy...”

„To nie idźcie”

I dał nam mapę innego szlaku: Reconquistada Trail. Podobnie jak dwa poprzednie prowadzi on wzdłuź starej inkaskiej drogi, ale w przeciwności do innych jest praktycznie nie znany przez turystów. Zaczyna się on wprawdzie w tym samym miejscu co Takesi, ale prowadzi bardziej na północ.

Nie udało się nam na niego wybrać podczas poprzedniego pobytu w La Paz, więc obiecaliśmy sobie, że po powrocie do miasta będzie on pierwszą z rzeczy, jaką zrobimy. Tak też się stało. Po krótkim odpoczynku pojechaliśmy do wioski Ventilla, oddalonej zaledwie o 2 godziny jazdy od La Paz, gdzie zaczynał się nasz szlak. Tam udało się nam złapać kolejnego busika do Choquekhota, gdzie z kolei do samej kopalni San Francisco podwiózł nas jeden z jej pracowników.

Przy kopalni zaczynało się już prawdziwe podejście. Na sam początek musiałam wspiąć się na wysokość 4910 m n.p.m., pobijając tym samym mój rekord wysokości. Nie powiem, nie było lekko... Wysokość, śnieg i zimno nie były naszymi sprzymierzeńcami. Dla Albina podejście oczywiście nie stanowiło większego problemu (po zdobyciu Sajamy i Misti, taka przełęcz to dla niego pryszcz!), ale ja się nieźle umęczyłam. Pomimo zmęczenia, po 4,5-godzinnym podejściu, byliśmy na przełęczy, gdzie szczęśliwa mogłam sobie w końcu odpocząć.

Pierwszy nocleg mieliśmy przy jeziorku, nieco poniżej przełęczy. Zrobiliśmy sobie porządny, dwudaniowy obiad i tuż po zmroku poszliśmy spać.

Drugiego dnia szlak był początkowo bardzo prosty, wiódł wzdłuż rzeki, aż do opuszczonej wioseczki Totora. Za wioską niestety ścieżka zrobiła się bardzo wąska, momentami nam nawet znikała na bardzo stromym zboczu wzdłuź, którego szliśmy. Kierując się według mapy na rzekę udało się nam jakoś jednak przejść na jej drugą stronę. Po drodze spotkaliśmy stado dzików chowające się w krzakach. Na szczęście gdy nas zobaczyły uciekły, ale i tak od tej pory po głowie chodził mi wierszyk:

„Dzik jest dziki, dzik jest zły,

Dzik ma bardzo ostre kły,
Kto zobaczy w lesie dzika,
Ten na drzewo zaraz zmyka”
 
Po drugiej stronie rzeki znowu musieliśmy szukać ścieżki. Udało się nam ją odnaleźć tuż przed szczytem, kiedy akurat skręcała, więc mieliśmy sporo szczęścia. W spokoju dotarliśmy do kopalni Reconquistada (od której to szlak wziął swoją nazwę). Porobiliśmy zdjęcia wyglądającej na opuszczoną wiosce i poszliśmy dalej przez bardzo wąski przesmyk między skałami. Zaczęła się nam niestety psuć pogoda. Nad górami pojawiły się chmury, całkowicie zasłaniając krajobraz i utrudniając orientację w terenie. Niesamowicie wąską i stromą ścieżką zeszliśmy do doliny, gdzie rozbiliśmy namiot.

Trzeciego dnia z samego rana czekało nas strome podejście w górę bez ścieżki. Podciągając się na rosnących trawach, z olbrzymim trudem udało się nam wspiąć na przełęcz. Według naszej mapy, miała tam znajdować się nasza ścieżka. Niestety... przez pół dnia chodziliśmy po wydeptanych przez zwierzęta śladach, bezskutecznie szukając szlaku. Kiedy weszliśmy w kolejną dolinę i ciągle nie mogliśmy znaleźć naszego szlaku, zdaliśmy sobie sprawę, że chyba się zgubiliśmy. Na domiar złego złapała nas porządna burza gradowa z piorunami. Nie mogąc znaleźć na stromym zboczu miejsca na rozbicie namiotu, porządnie zmokliśmy. W końcu rozstawiliśmy namiot na jakiś kępach traw i skuleni w kuleczki nasłuchiwaliśmy walącego w namiot gradu oraz szalejącej dookoła burzy. Kiedy w końcu skończyło padać było już ciemno. Jedyne co mogliśmy zrobić to iść spać.

Rano obudziło nas piękne słońce. Z nowym zapałem ruszyliśmy w stronę, gdzie mieliśmy nadzieję odnaleźć szlak. Weszliśmy do kolejnej doliny. Wiedzieliśmy, że koniec szlaku jest gdzieś w dole rzeki. Jednak poniżej rósł gęsty las, przez który nie mieliśmy szansy się przedrzeć. Gdy po raz kolejny wracaliśmy pod stromą górę, miałam już naprawdę dosyć. Zgubieni w górach, do tego męczyła mnie gorączka i kaszel, powoli kończyło się nam jedzenie... Ze złością zerwałam z szyi malutkiego kondorka, którego kupiłam „na szczęście” tuż przed trekkingiem. W końcu kondory żyją w górach i on pewnie chce tu zostać! Pomyślałam i rzuciłam go w dal. Chwilę później znaleźliśmy ścieżkę. Czekało nas tylko jeszcze jedno strome podejście i w końcu byliśmy z powrotem na drodze :) Nasze szczęście nie znało granic! Byliśmy tylko zbyt zmęczeni, aby się cieszyć :)

Na drodze, z powodu deszczu, musieliśmy spędzić jeszcze jedną noc. Tym razem na szczęście udało się nam rozbić namiot zanim na dobre się rozpadało. Kolejnego dnia doszliśmy do wioski, skąd jeździły autobusy do La Paz. Chorzy (bo po burzy i Albin się rozchorował), z gorączkami, kaszlem, zmęczeni, ale na maksa szczęśliwi wracaliśmy do La Paz. Czasami tak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia :)


English:

Whenever we visited Shaul he changed our plans. It was no different with the trek that we planned to take from La Paz. On our first visit we said to Shaul that we choose to saunter through the surrounding mountains and we intend to combine the two Inca roads: Choro Trail, where we wanted to go down and Takesi Trail, where we had to go back. Shaul asked us briefly:

"Do you like wasting time?"

"Well, we do not like…"

"Then don’t go"

And he gave us a map of a different route: Reconquistada Trail. Like the previous two trails it leads along an old Inca road, but as opposed to others is hardly known by tourists. It starts in the same place as Takesi, but it leads to the north.

We could not go during a previous stay in La Paz, so we promised ourselves that after returning to the city it will be the first thing we would do. And so it happened. After a short rest we went to the village Ventilla, only a two hours’ drive from La Paz, where our trail starts. There, we were able to catch another minibus to Choquekhota, where we were dropped to the San Francisco mine by one of its workers.

From there the real climb started. At the very beginning I had to climb to an altitude of 4910 meters above sea level, surpassing my record height. I wouldn’t say it was easy... The altitude, snow and cold were not our allies. For Albin approach, of course, did not present a problem (after climbing Sajama and Misti, this pass was for him a piece of cake!), But I was pretty tired. Despite the fatigue, the 4.5-hour approach, we were on the pass, where happily I could finally relax.

The first night we were at the lake, just below the pass. We ate a solid, two-course dinner and after dark we went to sleep.

On the second day the trail was initially very simple, led along the river up to the abandoned village Totora. Unfortunately, the path behind the village had become very narrow; sometimes it even disappeared on a very steep slope along which we were walking. Guided by the map to the river we managed to somehow go to the other side. On the way we met a herd of wild pigs hiding in the bushes. Fortunately, when they saw us they run away.

On the other side of the river again, we had to search for the path. We were able to find it just before the summit, when it just curved, so we had a lot of luck. After that we arrived at the Reconquistada mine (from which the trail gets its name). We took some photos of an abandoned village and went on through a very narrow passage between the rocks. Unfortunately, the weather started to spoil. Above the mountains clouds appeared, totally obscuring the landscape and making it difficult for orientation in the field. Extremely narrow and steep path we descended into the valley, where we camped.

On the third day in the morning we started from climbing up a steep slope without a path. Pulling up on growing grasses, with great difficulty, we managed to climb up to the pass. According to our map, there was supposed to be our path. Unfortunately... for half a day we were walking the tracks beaten by animals, unsuccessfully searching for the trail. When we walked into the next valley and still could not find our trail, we realized that maybe we were lost. To make matters worse we were caught by a decent hailstorm. Unable to find the place on steep slope for our tent, we got really wet. In the end we put up a tent on some clumps of grass and curled up in balls listened to a hail falling on the tent and a storm raging around. When the rain finally ended it was already dark. The only thing we could do is go to sleep.

In the morning we were awakened by a beautiful sun. With renewed vigor we went to where we were hoping to find the trail. We went into the next valley. We knew that the end of the trail is somewhere at the bottom of the river. However, under growing dense forest, through which we had no chance to get through. When we came back again in a steep mountain, I was already really tired. Lost in the mountains, with fever and cough, slowly finishing food... I angrily broke up with a tiny neck condor, which I bought for "good luck" just before the trek. At the end: condors live in the mountains, and he probably wants to be here! I thought, and I threw it away. Moments later, we found the path. There was only one steep climb, and finally we were back on the road :) Our happiness knew no bounds! We were just too tired to be happy :)

On the road, because of the rain, we had to spend one more night. This time, fortunately, we were able to put up a tent before the rain started for good. The next day we came to the village from where the bus drove us to La Paz. Both of us ill (because after the storm Albin got ill as well), with fever, cough, tired but happy we returned to La Paz. Sometimes it takes so little to be happy man :)

1 komentarz:

  1. Potwierdzacie zasadę, że jak wrzesień to koniecznie góry;-)

    OdpowiedzUsuń