sobota, 14 września 2013

Szynobus w Cochabambie / Railbus in Cochabamba

Scroll down for the English version

W Cochabambie po raz pierwszy w Boliwii udało się nam znaleźć hosta z Couch Surfingu. Byliśmy z tego powodu niesamowicie podekscytowani. Stęskniliśmy się już za Couch Surfingiem i długimi rozmowami o życiu w krajach, które my tylko chwilowo odwiedzamy. Nawet jeśli nasz gospodarz jest Amerykaninem, a nie Boliwijczykiem, zawsze daje nam to możliwość poznania danego miejsca z innej, nie-turystycznej strony. U Johna mogliśmy sobie rozbić nasz namiot pod drzewem figowym w jego ogródku. Dookoła hasały wesoło króliki, a od czasu do czasu przybiegały do nas dwa przygarnięte z ulicy, przekochane psiaki: Hippi i Coca. John mieszka w Boliwii już od 10 lat i już od ładnych paru lat pomaga dzieciakom z ulicy. Założył swoją NGO i obecnie prowadzi zajęcia ze sztuk cyrkowych, dając tym samym dzieciom szanse na zarabianie pieniędzy w inny sposób niż żebranie czy czyszczenie butów.

Już pierwszego dnia zostaliśmy zaproszeni na pokaz ich umiejętności. Robili oni show w centrum miasta, na który oczywiście się wybraliśmy. Trzeba przyznać, że pomimo młodego wieku (niektóre z dzieci miały zaledwie 7-8 lat), dzieciaki były niesamowite. Żonglowały, jeździły na jednokołowych rowerkach, połykały ogień, robiły za clownów. Miały przy tym dużo zabawy, a na koniec zebrały od widzów sporo drobniaków.

No, ale przecież nie przyjechaliśmy do Cochabamby aby oglądać cyrk :) Tak więc po co? Po pierwsze nazwa miasta magicznie przyciągała mnie od kiedy ją po raz pierwszy usłyszałam. Było to niedługo przed naszym wyjazdem, kiedy namiętnie chłonęłam wszystkie możliwe informacje, jakie udało mi się znaleźć na temat Ameryki Południowej. Nazwa wydała mi się bardzo zabawna i stwierdziłam, że musimy tam pojechać!

W międzyczasie udało mi się dowiedzieć, że w mieście znajduje się największy na świecie pomnik Chrystusa (no dobra, Chrystus w Swiebodzinie jest wyzszy, ale podobno oszukuje korona ;)). Jest on większy od słynnego Chrystusa w Rio (do którego jeszcze pojedziemy). Na górę wjechaliśmy w ładne sobotnie przedpołudnie. W wagoniku kolejki razem z nami jechał emerytowany pilot Boliwijskich Sił Zbrojnych. Gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski zaczął nam opowiadać o swoich podróżach do Europy, o swojej rodzinie, która obecnie mieszka w Kanadzie, a na koniec zaczął nam wymieniać Polaków jakich zna (oczywiście był wśród nich Jan Paweł II, ale o dziwo także Franz Kafka :)) Z góry rozpościerał się prześliczny widok na całą Cochabambę. Sporo ludzi rozkoszowało się sobotnim słońcem. Dookoła dzieciaki grały w piłkę, biegały, dorośli robili sobie zdjęcia, jedli lunch.. Istna sielanka.

Inną atrakcją Cochabamby jest dom Simona Patino – barona cynowego, w którym ten jednak nigdy nie mieszkał. Dom został ukończony tuż przed jego powrotem z Europy. Chciał on spędzić emeryturę w Cochabambie, niestety kiedy wracał do swojego rodzinnego miasta, w Buenos Aires dostał zawału serca i zmarł. Jego żona Albina nie chciała sama mieszkać w domu, który był w całości urządzony według gustu i potrzeb Simona. Tym sposobem dom, który był już przygotowany do zamieszkania (wraz z meblami i całym uposażeniem) nigdy nie został zamieszkany. Obecnie należy on do Fundacji Patino, która jest zarządzana przez jego wnuków. Co roku przyjeżdżają oni do Cochabamby i wówczas mieszkają w apartamentach znajdujących się na najwyższym piętrze domu, który poza tym jest udostępniony do zwiedzania dla turystów, a także jest miejscem organizacji różnorakich konferencji, wystaw, koncertów.

Od naszego znajomego Filipa dowiedzieliśmy się o jeszcze jednej, dosyć nietypowej atrakcji Cochabamby – szynobusie. Filip będąc w mieście przejechał się tym śmiesznym środkiem transportu i my też postanowiliśmy spróbować :) Dzień wcześniej poszliśmy zarezerwować sobie bilet i z samego rana stawiliśmy się na stacji. Przy szynobusie (który jest zwykłym starym autobusem, tyle, że jeździ na szynach) stał już tłumek ludzi wraz ze swoimi bagażami i czekał na załadowanie ich na dach pojazdu.

Gdy ruszyliśmy ze stacji szalone psy rzucały się na jadący po torach szynobus. Wściekle ujadając biegły wzdłuż torów, Ten widok towarzyszył nam praktycznie przez całą 7-godzinną drogę. Przy wyjeździe ze stacji jadący z nami policjant otwiera zardzewiałą bramę i wybiega na ulicę starając się zatrzymać przejeżdżające samochody. Nie wszyscy się go jednak słuchają. Policjant macha na nich jedynie zrezygnowany ręką, po czym wychodzi na środek ulicy wyciągając przed siebie rękę. Na torach stoi jednak samochód blokując drogę przejazdu szynobusa. Konsternacja co robić, gdyż nie ma kierowcy. Policjant otwiera drzwi samochodu, w stacyjce jednak nie ma kluczyków, więc nic nie można zrobić. W międzyczasie na ulicy tworzy się korek. Niecierpliwi kierowcy trąbią co chwila. W końcu znajduje się kierowca nieszczęsnego pojazdu i możemy jechać dalej.

Po zaledwie kilku minutach jazdy zatrzymujemy się na jedzenie. W przydrożnym stoisku serwowany jest rosół z kurą. Dookoła stoiska czekają psy licząc na kości pozostawione przez klientów. Gdy już wszyscy się najedli ruszamy dalej. Droga prowadzi przez piękne góry, kaniony, opuszczone wioski. Szynobus zatrzymuje się często po środku niczego Ludzie wysiadają, wyładowują bagaże i idą. Dokąd? Nie wiemy...

W końcu przed 16:00 udaje nam się dojechać do Aiquile. Autobus powrotny mamy dopiero o 20:00. Ale, ale... udaje się nam znaleźć ciężarówkę jadącą do Cochabamby! :) Tym sposobem mogę zrealizować moje kolejne marzenie :) Moje szczęście nie zna granic :) Wprawdzie droga powrotna jest dosyć długa, trzęsie, wieje i po zmroku robi się naprawdę zimno, ale nic to :) Przykryci plandeką wjeżdżamy do Cochabamby. Nasze zwiedzanie miasta uważamy za zakończone. Następnego dnia rano możemy wracać do La Paz.


English:

In Cochabamba, the first time in Bolivia, we were able to find a host on Couch Surfing We were therefore extremely excited. We missed Couch surfing and long talks about life in the countries that we only visit temporarily. Even if your host is American, not Bolivian, it always gives us this opportunity to learn about the site from a different, non- tourist side. We could pitch our tent under the fig tree in John’s garden. Around us romped funny rabbits and from time to time two lovely dogs: Hippi and Coca, taken from the street visited us as well. John has been living in Bolivia for 10 years and for quite a few years has been helping kids from the street. He started his NGO and currently teaches the arts of circus, thereby giving children opportunities to make money in a different way than begging or cleaning shoes.

On the first day we were invited to see their skills. They were doing a show in the city centre. I must admit that despite their young age (some of the children were only 7-8 years old), the kids were amazing. They juggled, rode one-wheel bike, swallowed fire and did for clowns. They had a lot of fun, and at the end they gathered a lot of pennies of the audience.

No, but we did not come to Cochabamba to watch the circus :) So what? I liked the name of the city from the first time I have heard that. It magically attracted me. It was not long before our departure when I passionately absorbed all the information that I could find on the subject of South America. Name struck me as very funny and I decided that we need to go there!

In the meantime, I was able to learn that the world's largest statue of Christ is in the city (OK, in Poland, in little town called Swiebodzin, there is taller Christ's statue but apparently is cheating having crown ;)). It is larger than the famous Christ in Rio (to which we will go as well). We got to the top on a nice Saturday morning. In the cable car we were going with a retired pilot of Bolivian Armed Forces. When he heard that we were from Poland he began to tell us about his travels to Europe, about his family, who now lives in Canada, and in the end he started to telling us about the Poles who he knew about (of course one of them was John Paul II, but also surprisingly Franz Kafka :)) From the top lovely views across the Cochabamba stretched. A lot of people enjoyed the Saturday sun. Around the kids were playing ball, running around, adults were taking pictures, eating lunch. Real idyll.

Another attraction of Cochabamba is the house of Simon Patino - tin baron, wherein though he never lived. The house was completed just before his return from Europe. He wanted to retire in Cochabamba, but when he was returning to his hometown, he had a heart attack in Buenos Aires and died. His wife Albina did not want to live in a house that was fully decorated according to the taste and needs of Simon. In this way, a house that was already prepared to live (with furniture and all endowment) has never been inhabited. Today it belongs to Patino’s Foundation, which is managed by his grandchildren. Every year they come to Cochabamba and then live in apartments located on the top floor of a house that is otherwise open to the public for tourists, as well as is used as a venue for various conferences, exhibitions, concerts.

From our friend Philip we learned of yet another, quite unusual entertainment in Cochabamba – railbus. Philip was being driven in this ridiculous means of transport and we also decided to try it :) The day before we went to book the ticket and in the morning we came to the station. A crowd of people with their luggage was already waiting next to the railbus (which is the usual old bus but goes on the rails) to load their luggage onto the roof of the vehicle.

When we went from the station crazy dogs threw themselves on the tracks running through the railbus. Barking furiously they ran along the tracks and this view was with us for almost the entire seven -hour journey. On leaving the station a policeman travelling with us opened rusty gate and run out into the street trying to stop passing cars. Not all of drivers listen to him. The policeman just waved his hand at them resigned, and then go to the middle of the street extending his hand in front. However, the car was blocking the track stopping railbus. There was consternation about what to do, because there was no driver. The policeman opened the car door, but there were no keys, so nothing could have been done. In the meantime, on the street huge traffic created.  The impatient drivers were honking. At the end the driver of this unfortunate vehicle appeared and we could go further.

After only a few minutes of driving, we stopped for food. A chicken broth was served from the roadside stand. Around the stands the dogs were waiting for the bones left by customers. Once everyone had eaten we moved on. The road led through the beautiful mountains, canyons, abandoned villages. Railbus often stopped in the middle of nowhere; people disembarked, unloaded their luggage and went. Where? We do not know...


Finally, before 4pm we managed to get to Aiquile .Our return bus from there were not until about 8pm. Hey, but... we manage to find a truck going to Cochabamba! :) That way I could fulfil my next dream :) My happiness knows no bounds :) Although the road back is quite long, shaking, blowing, and after dark it gets really cold but nothing is important at this moment :) Covered with tarp we enter the Cochabamba. We have completed our city tour. The next morning we can return to La Paz.

4 komentarze:

  1. Franz Kafka Polakiem? To przypomina mi mój pobyt w Cochabambie. Usiłowałem spotkać się z polskimi franciszkanami, czekałem trzy godziny na spotkanie z przełożonym, który według miejscowych moherów na 100% jest Polakiem. W ogóle, tam są sami Polacy! Koniec końców, przełożony był... Niemcem, ale panie uznały, że to przecież niemal to samo miejsce, ten sam język, i w ogóle, wspólna romantyczna historia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym przelozonym, to prawie jak z Kafka :) Tyle, ze Kafka w sumie byl Zydem, ktory urodzil sie w Pradze (owczesne Austro-Wegry) i pisal po niemiecku. Moglo sie to wszystko panu pomieszac :) Poza tym Praga pzeciez jest tylko rzut beretem od Polski :)

      Usuń
  2. Hehe, widzę że to nie tylko my wybieramy destunacje na zasadzie ciekawie brzmiących miejsc :) Takim właśnie sposobem odwiedzilismy ostatnio Banja Lukę w Bośni. Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami mozna sie calkiem pozytywnie zaskoczyc szukajac miejsc, ktore nie sa szeroko opisywane w przewodnikach i wybieranie ich na zasadzie ciekawie brzmiacych nazw wydaje mi sie jednym z fajniejszych pomyslow na zwiedzanie :) Do Banja Luki tez moze kiedys dotrzemy :)

      Usuń