czwartek, 12 września 2013

Santa Cruz i Misyjny Ekspres / Santa Cruz and Missionary Express

Scroll down for the English version

Kiedy jechaliśmy do Santa Cruz już z daleka widzieliśmy rozświetlające co chwilę nocne niebo pioruny. Początkowo w ogóle nas to nie martwilło i tylko z zachwytem podziwialiśmy ten spektakl świateł. Przestało się nam podobać, gdy zaczęliśmy zbliżać się do Santa Cruz, a grzmoty nie tylko nie ustały, ale na dodatek z nieba lunął rzęsity deszcz. Nie przestał on zresztą padać aż do samego przyjazdu do miasta, gdzie to musieliśmy chowając się pod różnorakimi daszkami, jakoś dostać się do najbliższego hotelu. Na szczęście nie było to daleko i po paru minutach siedzieliśmy w cieplutkim pokoiku. Pogoda za oknem nie zachęcała jednakże do zwiedzania i tym sposobem spędziliśmy niemal trzy dni nie ruszając się praktycznie z miejsca. Na chwilę tylko dwa razy wybraliśmy się do centrum, w którym zobaczyliśmy ładny (aczkolwiek dosyć ponury w tej atmosferze) plac główny, odwiedziliśmy lokalny rynek, gdzie spróbowaliśmy pysznej zupy z orzeszków ziemnych oraz poszliśmy do informacji turystycznej.

Dopiero trzeciego dnia pogoda poprawiła się na tyle, że zdecydowaliśmy się pojechać do Samaipaty, koło której znajdują się wpisane na Listę Narodowego Dziedzictwa UNESCO ruiny El Fuerte. Ruiny te są dosyć tajemnicze i nie do końca znane jest ich pochodzenie. Wiadomo, że były używane zarówno przez kulturę przedinkaską Chiriguanos, jak również przez Inków i Hiszpanów. Najważniejszym elementem kompleksu jest wielka skała z piaskowca, na której znajdują się wyryte figury geometryczne oraz rysunki przedstawiające zwierzęta. Erich von Daniken sugerował, że skała ta była lądowiskiem dla statku kosmicznego, jednakże najprawdopodobniej było to po prostu miejsce kultu. Oprócz skały w skład kompleksu wchodzą także ruiny domów inkaskich oraz La Chinkana – studnia, która według legendy łączyła El Fuerte z odległymi miastami inkaskimi.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na objazdówkę po misjach jezuickich znajdujących się w okolicy Santa Cruz. W XVIII wieku jezuici założyli tutaj serię miasteczek misyjnych, wprowadzili europejskie metody uprawy roli, wybudowali piękne kościoły... Sielanka skończyła się w 1767 roku kiedy to jezuici zostali wygnani z Ameryki Południowej przez Hiszpanów. Od tego czasu wioski zaczęły podupadać i dopiero pod koniec XX wieku kościoły zostały odnowione i obecnie stanowią uroczą (aczkolwiek niezbyt popularną) atrakcję turystyczną. Z informacji w naszym przewodniku wynika, że misje można zobaczyć w ciągu 5- 7 dni. Nam udało się to zrobić w dwa, niesamowicie intensywne dni.

Nasze zwiedzanie zaczęliśmy od San Javier. Dotarliśmy tam porannym autobusem z Santa Cruz tuż przed południem. Byle zdążyć przed rozpoczynającą się o godzinie 12:00 siestą pognaliśmy prosto do kościoła. Na szczęście był jeszcze otwarty więc zapłaciliśmy za wstęp i z zachwytem mogliśmy oddać się podziwianiu prześlicznego wnętrza. Kolorowy ołtarz, spiralne kolumny, delikatnie wpadające światło... wszystko to stwarzało naprawdę cudną atmosferę. Po wyjściu z kościoła mieliśmy prawie dwie godziny do odjazdu naszego następnego autobusu więc poszliśmy przejść się po miasteczku. Chodząc po jego uliczkach miałam wrażenie, jakbym się cofnęła w czasie: podcieniane domy, dzieci pędzące ze szkoły z tornistrami, zakurzone ulice, cisza, spokój...


Przed 15:00 wsiedliśmy do spóźnionego autobusu, który zabrał nas do kolejnego miasteczka: Concepcion. Już w autobusie zdziwiła nas duża ilość europejsko wyglądających ludzi w ogrodniczkach, koszulach w kratę i czapeczkach z daszkiem. Okazało się, że w Concepcion było ich całe mnóstwo! Musieliśmy się dowiedzieć kim oni są i skąd się tu wzięli. Po krótkiej rozmowie z kustoszem muzeum wiedzieliśmy, że są to Mennonici, którzy przybyli tutaj z Holandii przez między innymi Polskę (osadnictwo holenderskie na Żuławach) oraz USA.

W Concepcion nie mieliśmy niestety dużo czasu na zwiedzanie. Okazało się, że jeśli nie chcemy tam spędzić 24 godzin, musimy zobaczyć wszystko w przeciągu zaledwie godziny. Biegiem, robiąc w pośpiechu zdjęcia, pognaliśmy na plac główny, gdzie kupiliśmy bilety do katedry i muzeum misyjnego. Nie starczyło nam jednak już czasu na zobaczenie warsztatów, w których mogliśmy zobaczyć jak wykonuje się oraz odnawia rzeźby kościelne, ani na przejście się po miasteczku. Chciałam porobić trochę zdjęć Mennonitom, ale niestety... Tym bardziej zdenerwował nas fakt, że autobus do San Ignacio spóźnił się niemal godzinę! Akurat tę godzinę, której nam zabrakło na w pełni docenienie Concepcion. Ech....

Do San Ignacio dotarliśmy późno w nocy. Zapytaliśmy się o kościół misyjny, przy którym miały znajdować się jakieś hostele. Gdy dotarliśmy na plac, było tam ciemno, wszystko pozamykane i ani śladu noclegu... Znowu zapytałam się o jakiś hotel i pan skierował nas do sympatycznego ośrodka. Zameldowaliśmy się i spać. Z samego rana najpierw zobaczyliśmy kościół, koło którego spaliśmy, a następnie poszliśmy szukać mototaxi, która mogłaby nas zabrać do trzech misji znajdujących się w  okolicy. Wytargowaliśmy dwa motory z kierowcami i w drogę! Do zobaczenia mieliśmy kościoły misyjne w Santa Ana, San Rafael i San Miguel. Na motorach na początku jechało się super, ale po jakimś czasie tyłki nas bolały niesamowicie. Nie wiedziałam, że jazda na motorze może być tak męcząca!

Po powrocie do San Ignacio chcieliśmy szybko wrócić do hostelu, żeby jeszcze chwilę odpocząć przed długą jazdą do San Jose. Okazało się jednak, że nie jest to takie proste. Może San Ignacio nie jest dużym miastem, ale jakimś cudem udało się nam zgubić w jego identycznie wyglądających handlowych uliczkach. Gdy zaczęliśmy się pytać o plac główny nagle się okazało, że jednak nie śpimy blisko niego. Zobaczyliśmy kolejny kościół, super, tylko, gdzie do licha my w takim razie śpimy?! Z pomocą przyszedł nam pan w informacji turystycznej. Gdy opisaliśmy mu jak wygląda „nasz” kościół uświadomił nas, że jest to kościół Św. Franciszka i w sumie nie jest on tak daleko. To by tłumaczyło dlaczego nie było przy nim żadnych hosteli, kiedy ich potrzebowaliśmy :)

Po krótkim odpoczynku w hotelu, poszliśmy na autobus do San Jose. Do miasteczka dotarliśmy znowu przed północą. Tym razem jednak nie mieliśmy szczęscia w szukaniu noclegu... W San Jose jest tylko kilka hosteli i wszystkie były albo pełne albo bardzo drogie... Szybka decyzja: oglądamy kościół (który o dziwo był nawet otwarty!) i wracamy nocnym autobusem do Santa Cruz. I tym właśnie sposobem, z powodu problemów w transportem i noclegami nasze zwiedzanie z planowanych 3 dni skróciło się do zaledwie dwóch i o godzinie 5:00 trzeciego dnia byliśmy z powrotem w Santa Cruz gotowi ruszać dalej w drogę.

ZDJECIA SANTA CRUZ
ZDJECIA SAMAIPATA
ZDJECIA MISJE JEZUICKIE

English:

As we drove to Santa Cruz from afar we saw lightning illuminating the night sky. Initially, we didn’t worry about that too much and we just admired the spectacle of lights. We stopped liking it when we started to approach the Santa Cruz, and the thunder not only didn’t cease, but also really heavy rain started. It didn’t stop raining until we arrived to the city and we had to run to the nearest hotel hiding under some roofs.  Fortunately it was not far away and a few minutes later we were sitting in a warm room. Weather outside did not encourage however to explore the city, and thus we spent almost three days without leaving the room. Only two times we went to the city centre, where we saw a nice main square (although quite bleak in this atmosphere), we visited the local market, where we sampled a delicious soup with peanuts and went to the information centre.


It was not until the third day weather improved so much that we decided to go to Samaipata, near which are a UNESCO National Heritage ruins of El Fuerte. These ruins are quite mysterious and their origin is not fully known. It is known that they were used by both the pre-Inca culture of Chiriguanos, as well as by the Incas and the Spaniards. The most important part of the complex is a large sandstone rock on which are carved geometric shapes and drawings of animals. Erich von Daniken suggested that the rock was a spaceship landing pad, but most probably it was just a ceremonial and religious place. In addition to the rocks the complex also includes the Inca ruins of houses and La Chinkana - well which according to the legend linked El Fuerte with distant Inca cities.


The next day we went for a tour to the Jesuit missions in the surrounding area of Santa Cruz. In the eighteenth century, the Jesuits established here a series of mission towns, introduced European farming methods, and built beautiful churches... The idyll ended in 1767 when the Jesuits were expelled from South America by the Spaniards. Since then, the villages began to decline, and only at the end of the twentieth century, the churches have been restored and are now charming (although not very popular) tourist attraction. The information in our guidebook is that the mission can be visited in 5 - 7 days. We managed to do this in two incredibly intense days.

Our tour started in San Javier. We got there by early morning bus from Santa Cruz just before noon. As we really wanted to see the church before siesta started at noon, we rushed straight to the church.  Luckily it was still open so we paid an entrance fee and we could simply enjoy stunning interior. Colourful altar, spiral columns, gently shining light... All this created a truly wondrous atmosphere. After leaving the church we had almost two before our next bus so we went to walk around the town. Walking around the streets I felt like I've stepped back in time: the arcade houses, children rushing from school satchels, dusty streets, quiet, calm...


At 3pm we got on the late bus which took us to the next town: Concepcion. Already on the bus we were surprised by a large number of European -looking men in overalls, plaid shirts and hats cap. It turned out that in Concepcion were lots of them! We had to find out who they are and where they come from. After a brief conversation with the curator of the museum we knew that they were Mennonites who came here from Holland by, inter alia, Poland (Dutch settlement on the Vistula delta) and the United States.

In Concepcion, unfortunately we did not have much time to enjoy the town. It turns out that if we didn’t want to spend the 24 hours in Concepcion, we had to see everything in just one hour. We run, taking pictures in a hurry, rushed to the main square, where we bought tickets to the cathedral and the museum of missions. We didn’t have enough time to see the workshops that we could see how the church sculptures are made and renovated or to pass through the town. I wanted to take some pictures of Mennonites, but alas ... The most upsetting was the fact that the bus to San Ignacio was late for almost an hour! Just this time, which we missed to fully appreciate Concepcion....

To San Ignacio we arrived late at night. We asked for a missionary church, where some hostels were supposed to be. When we arrived at the square, there was a dark, everything was closed and there was no sign of the accommodation... Again, I asked for a hotel and a guy directed us to a friendly resort. We checked in and went to sleep. In the morning we first saw the church, near where we slep , then we went to look for a  mototaxi that would take us to the three missions in the surrounding area. We bargained two motorbikes with drivers and we could go. We were to see the missionary churches in Santa Ana, San Rafael and San Miguel. The ride on the motorbikes on the beginning was great, but after a while our asses we were really aching. I did not know that riding a motorcycle can be so tiring!

After returning to San Ignacio we wanted to quickly get back to the hostel to rest for a while before the long drive to San Jose. It turned out, however, that it is not that simple. Maybe San Ignacio is not a big city, but somehow we managed to get lost in the identical looking commercial streets. When we started to ask about the main square suddenly it turned out, that we do not sleep near to it. We saw another church, great, but where the hell we then sleep!? Fortunately a guy in the information centre was able to help us. When we described how "our" church looked he told us that this is the church of St . Francis and it was not that far. That would explain why there were no hostels there when we needed them :)


After a short rest at the hotel, we went on a bus to San Jose. We came to the town just before midnight. This time, however, we had no luck in finding accommodation... In San Jose there are only a few hostels and all were either full or very expensive... Quick decision: we see the church (which surprisingly was even open!) and we take the night bus to go back to Santa Cruz. And this is exactly how our tour from the planned three days shortened to just two and at 5:00am on the third day we were back in Santa Cruz ready to go further.

PICTURES SANTA CRUZ
PICTURES SAMAIPATA
PICTURES JESUIT MISSIONS

2 komentarze:

  1. Czytając to, oraz znając Was osobiście, zżera mnie potworna zazdrość. Nie zazdroszczę jednak, jak zapewne większość, miejsc i widoków. Dużo bardziej podziwiam Waszą umiejętność do podróżowania w dwójkę. To niesamowite, tyle czasu spędzać z sobą, tak - chyba - zgodnie razem odwiedzać te miejsca. Szacunek i zazdrość :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zeby nie bylo: nie zawsze jest tak pieknie i zgodnie miedzy nami :) Sporo sie klocimy, ale w podrozy jak nigdy wczesniej nauczylismy sie dochodzic do kompromisow. Przeciez nie mozna sie do siebie nie odzywac przez pare dni, bedac na siebie skazanym ;) Pierwsze dwa miesiace byly krytyczne bym powiedziala, kiedy sie musielismy na nowo dotrzec w innych okolicznosciach (nawet 9 lat razem nie dalo nam chyba tyle co ten wyjazd!), ale teraz pomimo spiec jest dobrze :) Pozdrawiamy

    OdpowiedzUsuń